Dzień dobry, skończyłam studia przyrodnicze!

Dzień dobry, to tak na początek. A raczej: witam ponownie, po przerwie. Wypięłam się na Was, bo kończenie studiów było takie ważne-najważniejsze, a teraz już nic mnie nie trzyma, prawie od miesiąca mam spokój z notatkami, zaliczeniami, a co najlepsze: z obroną. Wolny elektron, to właśnie ja. Przyszłam Wam dać znać, jak było.

CN63QSUO8C

Jak było?

Na obronie? Szybko i całe szczęście. Nic ciekawego. Dzień później uświadomiłam sobie, że to tak minęło 5 lat, ciurkiem, na pewno nie przeciekło przez palce, momentami się dłużyło, o ile życie się może dłużyć. O tych 5 latach chciałam Wam właśnie napisać. Pomyślałam, że odwiedzają mnie osoby o podobnych zainteresowaniach, często jeszcze licealiści, taki tekst może pomóc osobom w okolicach klasy maturalnej.

 

Studia inżynierskie – 3,5 roku i co dalej?

Jak sobie przypominam, co było moją motywacją do podjęcia studiów rolniczych, to trochę robi się śmiesznie. Do wyboru studiów nie ma co przykładać ogromnej wagi, bo tak naprawdę żadne z nas nie potrafi przewidzieć, czy to polubi, czy znajdzie pracę „w zawodzie”, a raczej zbliżoną tematycznie, czy nie dostanie na 3 roku depresji (albo na 1, albo na 2, albo na 4, albo na 5), ale jakimiś kryteriami warto się kierować. Znacie siebie najlepiej, wiecie, gdzie szukać. Na pewno wiedziałam wtedy, że nie chcę iść na studia humanistyczne i tutaj nie pomyliłam się ani trochę – mimo wmawiania mi przez lata edukacji, że wspaniała ze mnie humanistka, prędzej bym zdechła, niźli rozważała z całą powagą omawianą tam tematykę. Studia przyrodnicze wyleczyły mnie z zainteresowania zupełnie niepotrzebnymi rzeczami, m.in. tzw. polityką (a raczej populizmem), choć część znajomych oczekiwała chyba, że skończę na politologii. Mimo, że wiele rzeczy również trzeba było wkuć na pamięć, zawsze można było ratować się „kuciem na zrozumienie”, które z całego serca polecam. Wracając do tematu: moją główną motywacją była miłość do przyrody, chęć zdobycia tytułu inżyniera i… brak matematyki na studiach. Na politechnikę nie nadaję się z całą pewnością – wiem, bo próbowałam. Jak się okazało, taki kierunek jak rolnictwo, spełnił moje potrzeby idealnie, a w dodatku zaoferował coś jeszcze: nauki przyrodnicze przekute w praktyczną formę. Wielu z moich kolegów nie spojrzało jednak w plan studiów, czyli miejsce, gdzie wypisane są wszystkie przedmioty, które trzeba będzie zaliczyć, aby doczłapać do zacnego tytułu i potem nie byli zbyt zadowoleni z odmienianej przez tysiąc przypadków chemii. Coś za coś 🙂

Na studiach inżynierskich zaczynamy zawsze od przedmiotów podstawowych i pytania „a po co mi to?” zachowajcie sobie w serduszku – dowiecie się na kolejnym levelu, szczególnie, jeśli jakiś przedmiot olewaliście (poza filozofią, okej, to można olewać na studiach technicznych czy przyrodniczych). Potem robi się coraz bardziej interesująco, bo wchodzimy na kolejne poziomy rozumienia danych zagadnień, poszerzamy wiedzę, aż wreszcie… przychodzą studia magisterskie.

 

Magisterka – to tylko 1,5 roku, czy może aż?

Prawdopodobnie mają tak wszyscy: na magisterce nagle zaczynają trenować uważność, pytając o sens życia własny, kolegów z ławek czy też prowadzących. Lub po prostu próbując nie zasnąć na kolejnym wykładzie, o którym wiadomo, że został upchnięty na siłę w programie studiów. Może zdarzyć się tak, że powtarzają się przedmioty z pierwszego stopnia studiów – u nas było tak z beznadziejnie prowadzoną fizyką i absurdalną filozofią. Zajęć jest mało, ale przez pierwszy semestr odczuwałam fizycznie ból istnienia, musząc uczestniczyć w większości zajęć. „Dupogodziny” było najczęściej używanym podówczas przeze mnie słowem, do dzisiaj boli mnie, gdy o nim pomyślę. Na pierwszym semestrze rzucałam studia średnio 4 razy w tygodniu: od poniedziałku do środy, bo wtedy miałam zajęcia oraz w czwartek, gdy pamiętałam jeszcze o swoich cierpieniach w ławce. W niedzielę wszelkie boleści zostawały dawno zapomniane i ochoczo nastawiałam budzik na 6 rano… Właściwie to cieszę się, że doczekałam, acz niechęć do wysiadywania w ławce i marnowania swojego życia będzie mi jeszcze długo towarzyszyć, o ile nie jest najcenniejszym, co z tych studiów wyniosłam.

 

A jak z pracą?

„Nie ma pracy po tych studiach” – slogan, który wypowiadany przez mojego rozmówcę, sprawia, że zamienia się on w mojej głowie w Ferdka Kiepskiego i jego wieczny problem ze znalezieniem pracy dla człowieka „z jego wykształceniem”. Abstrahując od siejących defetyzm narzekaczy i zwyczajnych zasiewaczy ziaren lęki i nienawiści w towarzystwie, to z pracą po studiach przyrodniczych nie jest źle i nigdy nie powinno być źle – mówię tutaj o tych studiach, które kończą się zdobyciem tytułu inżyniera. Po takim rolnictwie na przykład pracować możecie od urzędów, agencji i biur wszelakich po gospodarstwa, laboratoria, aż po miejsca sprzedaży nawozów, maszyn i innych środków produkcji rolniczej. Niezależnie od wrodzonego talentu i temperamentu, każdy coś dla siebie znajdzie. Jeśli miałabym wybierać studia, „po których znajdę pracę”, to zdecydowałabym się na te same bądź pokrewne. Największe prawdopodobieństwo trafienia, szczególnie dla osób nienastawionych od początku na konkretny kierunek.

 

Zostać na uczelni

Jak się pewnie spodziewacie, pozostanie na uczelni w moim przypadku nie wchodziło w grę. Po pierwsze – z taką wizją przyszłości strzeliłabym samobója nazajutrz po aplikacji dokumentów na doktorat ze względu na wspomniane dupogodziny. Uraz psychiczny jest wciąż zbyt duży, ale zobaczymy w październiku, może zatęsknię, choć szczerze mówiąc uważam, że lekiem na tę tęsknotę będzie wypłata otrzymana z nieuczelnianej pracy. Bo, po drugie, lubię pieniądze, a niestety doktorat to nie jest dochodowy interes. Wysokość stypendium doktoranckiego zależy od uczelni, z tego, co mi wiadomo waha się w przedziale 1000-1400 zł, można spodziewać się dodatków, jeśli uda Wam załapać się na jakiś projekt badawczy. Od osoby związanej z uczelnią usłyszałam, że to świetna sprawa takie stypendium, ale powiedzmy sobie szczerze: osoby pracujące w budżetówce to nie są wzory przedsiębiorczości, często bywają oderwani od rzeczywistości i wymagają, by doktoranci byli równie od niej daleko. Niestety, rodzice i partnerzy wielu z nas nie godzą się na utrzymywanie dużego dziecka do trzydziestki, a życie na granicy ubóstwa (biorę pod uwagę ceny wynajmu mieszkań w dużych miastach) i przedłużanie sobie młodości na siłę są mało wygodne. Rozumiem, że istnieje coś więcej niż polskie złote w papierku, ale chętniej widzę dla nich alternatywę w postaci euro, niż pod postacią poświęcania życia dla cudzego widzimisię i wmawiania sobie, że poprzez to realizuję siebie. Siebie akurat w taki sposób nie zrealizuję, niemniej każdemu według potrzeb.

 

Uzupełnić – ale jak?

Dyplom magistra to przydatne zapewne narzędzie w karierze zawodowej, ale jeśli nie chcecie w ten sposób kontynuować nauki, być może zdecydujecie się na studia podyplomowe. Już widzę te komentarze, że to tylko nabijanie kabzy uczelni – śmiem się nie zgodzić. Sama skorzystałam z takiej furtki i swoje rolnicze wykształcenie uzupełniłam o zielarski fakultet. Studia były zrealizowane bardzo dobrze, a byliśmy właściwie pierwszym rokiem – eksperymentalnym! Niemniej nawiązać tyle znajomości z rozmaitymi osobami ze środowiska zielarskiego, po przeróżnych kierunkach, ze zróżnicowanymi na maksa światopoglądami – bezcenne! Klimat na podyplomówce też jest inny od tego na studiach dziennych – przyjemne jest to, że prowadzący traktują słuchaczy jak równych sobie, można m.in. napić się kawy na zajęciach (na dziennych spotkałam się z majestatami obrażonymi łykiem wody), ingerować w realizowany program bardzo mocno i po prostu wymieniać się poglądami, jak równy z równym. Już mam upatrzoną kolejną podyplomówkę, jak tylko nazbieram kasy, to będzie moja! 🙂

Odkryłam również na stronach uczelni zakładki „kursy” – często za niezbyt wysokie pieniądze każdy może odbyć kurs, po prostu zgłaszając swój udział. Podyplomówki niestety to wydatek kilku tysięcy złotych za rok, jednak jakość kształcenia praktycznego na pewno przewyższyła w moim przypadku tę ze studiów dziennych.
PS nie liczcie na to, że uczelnia zapewni Wam należytą ilość zajęć praktycznych. Na ogół nie ma na to pieniędzy bądź te zajęcia są niezbyt pouczające (gdy 30 osób próbuje ustawić głębokość jednego pługa, to nie może być inaczej). Musicie o to zadbać sami. Jesteście już dorośli, samodzielni i kierujecie swoim losem – co osiągniecie, będzie Waszą zasługą. Studia można odbębnić, wciąż pytając, po co nam to, chcąc zadowolić rodziców, babcię, wujka i sąsiadkę. Można też z nich skorzystać, wybierajcie mądrze 🙂

fot. Aaron Burden via stocksnap.io

  1 comment for “Dzień dobry, skończyłam studia przyrodnicze!

  1. 12 sierpnia 2016 at 16:45

    Gratuluję ukończenia studiów! 🙂 Ja poszłam na polibudę z myślą, że matma przecież jest prosta 😀 Trochę się pomyliłam, bo ledwo zaliczyłam, ale grunt, że zdane 😀 Bardziej dobijają mnie jednak przedmioty typu budowa i eksploatacja maszyn, mechanika i wytrzymałość materiałów itp. Ciągle się zastanawiam po jaką cholerę mi to skoro studiuję logistykę 😉

Dodaj komentarz

Visit Us On TwitterVisit Us On FacebookVisit Us On Google Plus