Felietony

Zmiany… zmiany. Rozterki współczesnej zielarki

Obiecałam sobie, że nie będę więcej pisać o tym, co mnie drażni, ale jak trudno jest wytłumaczyć, co się na tej stronie wydarzyło i jak teraz zamierzam działać, bez takiego wstępu, wiem tylko ja i zrozumie mnie na pewno reszta zielarzy, ale też dietetyków, żywieniowców, a nawet farmaceutów i lekarzy. W narodzie dzieje się dziwnie i postaram się o tym opowiedzieć bez konieczności wykonania dożylnego wlewu lewoskrętnej witaminy C na uspokojenie.

Długo wahałam się, czy zabierać w ogóle jeszcze głos w zielarskim świecie. Są przecież świetne zielarskie blogi prowadzone przez, zdaje się, bardziej pracowite osoby ode mnie. Okazuje się jednak, że jest kilka takich spraw, które do pisania mnie motywują i do których motywuje mnie pisanie. Tworzenie tekstu to proces oparty na nauce, której wciąż i wciąż mi potrzeba, a nic tak nie poprawia zapamiętywania i nie przyspiesza nabywania umiejętności, jak działanie wskutek własnej ciekawości. To też świetny sposób na aktualizowanie posiadanej wiedzy, o ile się rzetelnie wykonuje risercz (lubię to słowo i będę go używać, nawet ryzykując obrazę językowych purystów). Tak więc chcąc być dobrą zielarką muszę się ciągle uczyć, a to miejsce mi wyjątkowo w tym pomaga. Motywacją stało się również to, że ostatecznie liczy się każde spojrzenie na dany aspekt, nigdy nie będziemy się w stanie zdublować z moją “konkurencją”, którą biorę w cudzysłów, bo tak naprawdę uważam, że każdy blog zielarski rzetelnie prowadzony jest na wagę złota i powinniśmy się wspierać, a nie kopać po piszczelach. Ostatnią sprawą jest bardzo nieprzyjemna kapka negatywnej motywacji, jaką fundują regularnie altmedowi mistrzowie. W coraz bardziej dusznej od ich okropnych wynurzeń przestrzeni potrzebuję wręcz wygrodzić dla siebie kawałek czystej, nieskalanej lewoskrętną witaminą C, internetowej ziemi. Taki manifest mojego istnienia w świecie.

Negatywnej motywacji nie stosowałabym u siebie już nigdy, gdyby nie fakt, że posiadam taki społeczniacki gen, którego ekspresja widocznie ujawnia się w dziedzinie ziołolecznictwa. Trudno mi przechodzić obojętnie obok fenomenu, którym śmiało można nazywać już zjawisko społecznej akceptacji dla szarlatanów. Na szali położone zostaje zdrowie ludzkie – i nie lubię w tym miejscu uwag, że dotyczy to tylko osób niewykształconych, o brakach w elementarnej wiedzy. Nawet nie wiecie, ilu ludzi z wykształceniem wyższym, nawet medycznym, nie posiada żadnego filtra odrzucającego nieprawdziwe informacje, to jest zjawisko nagminne i wystarczy zapoznać się z branżą “okołozdrowożywieniową”, by się o tym przekonać. Wykształcenie i naiwność nie powinny chodzić w parze, a chodzą i często nawet zawierają długoletnie przyjaźnie, małżeństwa, mają dzieci i wnuki.

Z racji zainteresowań ważny jest dla mnie fakt, że świat altmedowych oszustów i cudotwórców psuje opinię prawdziwym specjalistom z dziedziny fitoterapii. Wypowiadając się nt. leczenia ziołami bywamy klasyfikowani na równi z wariatami od strukturyzatorów wody za 2500 zł, szamanami od ściągania energetycznego pasa cnoty, amatorami urojonej boreliozy, a w najgorszym wypadku z biomedycznym leczeniem autyzmu (które nie jest ani bio, ani medyczne, jak się okazuje).  Ziołolecznictwo natomiast ma przede wszystkim podstawy w długoletniej historii medycyny, jak i we współczesnych dowodach naukowych. Wiemy już coraz więcej o związkach aktywnych ze świata roślin (i wielokrotnie też zwierząt), potrafimy je izolować i syntetyzować podobne, co jest zresztą źródłem nie tylko rozmaitych suplementów diety, ale też farmaceutyków. Istnieje więc wiele argumentów, które pozwalają przekonać nawet największych sceptyków, by korzystali z wartości roślin w profilaktyce zdrowia i pielęgnacji wierzchnich powłok, czyli urody.

Najgorszy jednak ze wszystkich negatywnych skutków działania szarlatanów jest ich wpływ na postrzeganie świata przez pacjentów. Zwrócę tutaj uwagę na wydźwięk opinii o świecie serwowanych przez altmedowych guru: są to na ogół radykalne wypowiedzi przesycone teoriami spiskowymi, źle usposabiające, wzbudzające strach, dezinformację, a w rezultacie agresję i napastliwość wobec innych. Bardzo trudno rozmawia się potem z człowiekiem, który zapoznał się wnikliwie z twórczością z zakresu fantastyki medycznej. Trudno jest mu pomóc i mówię to przecież jako zielarka, a nie ten zły, przekupiony przez Big Pharmę lekarz czy farmaceuta. Skutki tego działania są następujące: osoba ustawiona przez szarlatana albo nie daje sobie pomóc, bo sama wie wszystko najlepiej, albo zostaje naciągnięta przez sprytnego sprzedawcę (o tym innym razem) na zdecydowanie zbyt drogie specyfiki. Przypuszczeniom nie podlega fakt, że tak przepełniona negatywnymi emocjami osoba utrudnia tym samym powrót do zdrowia lub pogarsza swój stan. Ostatecznie wpływ stresu, a szczególnie przewlekłego, na organizm też został udowodniony i z tym zgodzi się każdy lekarz, niezależnie, czy zajmuje się medycyną konwencjonalną, czy tradycyjną medycyną chińską bądź ajurwedą. Co ciekawe, zgadzają się z tym nawet szarlatani, generujący to zjadliwe ruszenie.

Mam marzenie stworzyć tutaj przeciwwagę dla tego typu radykalnej działalności. Miejsce, w którym możliwa będzie dyskusja bez fanatyzmu, za to z dużym potencjałem merytorycznym. Miejsce, gdzie, poza tym jednym tekstem, który właśnie kończysz czytać, jest miło i nastrajająco pozytywnie. Będę osobiście pilnować, żeby tak było: daleko od świata pieniactwa, obłudy, lansu drogich suplementów i cudotwórczego oprzyrządowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *